poniedziałek, 10 czerwca 2013

~ Rozdział 1


     Wiedziałam, ze to będzie mój dzień. 
Moja mama z okazji 18 urodzin kupiła mi bilet na koncert One Direction. 
Nie mogłam w to uwierzyć!
  Koncert miał być w ten sam dzień - 15 czerwca.  Start o 20.00
 
                                                                       ***    

Około godziny osiemnastej byłam gotowa ( ubrana w nową, krótką czarną sukienkę z 

cekinami, którą dostałam od cioci ) i podekscytowana. 
Myślałam, że nikt i nic nie może zepsuć tego dnia. Myliłam się. 
 - Shopie jesteś gotowa?! - Usłyszałam wołanie taty. 
 - Tak tato. Już, już... 
 - To chodź! Nie będziemy na ciebie tyle czekać! 
 ,, Będziemy? Tata i kto? Przecież mama powiedziała, że nie jedzie... '' - pomyślałam. 
Pospiesznie zeszłam na dół i pożegnałam się z mamą, która życzyła mi miłej zabawy. 
Gdy wsiadłam do auta zobaczyłam tam tatę i... Susan! 
 - Ransom?! Co ty tu robisz?! - Krzyknęłam. 
 - No jak to? A pojechałabyś bez największej fanki One Direction na świecie? 
 Przytuliłyśmy się i tata ruszył. 
Całą drogę gadałyśmy o Harrym, Tomlinsonie  i o nich wszystkich. Tyle paplałyśmy, że nie zauważyłyśmy, że jesteśmy na miejscu. 
- Dobra dziewczynki, przyjadę po was koło północy, dobrze? 
- Jasne! Dzięki tato! 
 Na miejscu było już mnóstwo ludzi. Pomyślałam, że dobrze iż mamy wejściówki, bo gdyby nie to nie miałybyśmy nawet jak wejść.
- Bilety - usłyszałyśmy głos jakiegoś grubego gbura ubranego w w czarny garnitur. 

Posłusznie pokazałyśmy wejściówki i weszłyśmy. 
Ku mojemu największemu zdziwieniu okazało się, że bilety upoważniają nas do miejsc tuż przy scenie. 
Strasznie się ucieszyłyśmy. Ale nie na długo. Okazało się, że obok nas jest... Megan! 
Na szczęście nas nie zauważyła, bo była bardzo zaaferowana. Uff... 
Megan od samego początku szkoły była moim  wrogiem.  Nie wiem, czemu działam jej na nerwy.    
Z zamyślenia wyrwała mnie muzyka. Tak to chłopcy wchodzili na scenę. 
Mogliśmy usłyszeć melodię do  Kiss you.               

                                                                     *** 

Czwarta piosenka What makes you beautiful... 
Zaczęłam tańczyć i poczułam szarpnięcie za rękę. To był... Harry. 
- Czy chcesz z nami zaśpiewać? - Spytał i uśmiechnął się szelmowsko. 
- No jasne! - Odpowiedziałam. 

            

Weszłam na scenę i zaczęłam śpiewać. Pod koniec piosenki Harry mnie... przytulił! 
Nie mogłam w to uwierzyć! To był zdecydowanie najlepszy prezent urodzinowy w moim dotychczasowym życiu!! 
Gdy zeszłam ze sceny uśmiechnęłam się do Susan. Ona nawet na mnie nie popatrzyła. Ale nie zwróciłam wtedy na to uwagi, bo pomyślałam, że jest zapatrzona na chłopaków.  
Znów zaczęłam tańczyć, ale poczułam, że mam coś za sukienką. To była karteczka. Karteczka od Harry'ego. 

2 komentarze:

  1. Jeny! Już mnie wciągnęło!! Błagam pisz dalej!!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo sie cieszę że ci się podoba :-)

    OdpowiedzUsuń